Piwo. Bilans otwarcia, cz. 1: przeszłość

Co prawda do Nowego Roku zostało jeszcze kilka miesięcy, mam nadzieję, w miarę ciepłych i pogodnych, to jednak z okazji rozpoczęcia nowego bloga postanowiłem zrobić małe podsumowanie. A raczej piwny bilans otwarcia, na początek października anno Domini 2014. Jak wygląda dziś rynek piwa? Co się na to złożyło? Co może zmienić się w przyszłości?

Nie jestem rachmistrzem, nie będę więc wyliczał ile jest browarów, ile uwarzyły piwa i jaki to stanowi procent. Pozostawiam to kolegom po klawiaturze. Postaram się opisać rzecz mniej uchwytną, czyli trend. Będzie to moja własna, drobna analiza tego, co dzieje się na rynku piwa. W pierwszej części postaram się opisać, co doprowadziło do sytuacji, którą mamy obecnie.

Krótka historia upadku

Losy piwowarstwa w Polsce, a szerzej ujmując, całego przetwórstwa spożywczego, a nawet kulinariów, są nierozłącznie splecione z historią. W wielkim skrócie: XX wiek nie był łaskawy dla kuchni, ani dla wytwórców żywności. Czego w kulturze kulinarnej nie zniszczyły wojny, zostało zaprzepaszczone podczas długich lat PRLu. W dużej mierze zanikła tradycja i umiejętności rzemieślnicze. W lata 90 weszliśmy z dość mizernym piwnym bilansem otwarcia. Nie tyle ilościowym, co jakościowym. Początkowe lata szalonego kapitalizmu dokończyły dzieła, dobijając wiele małych i średnich browarów. Ofiarą padło m.in. piwo grodziskie, które z niemałym wysiłkiem obecnie próbuje się przywrócić do życia.

Na scenie zostało kilku liczących się graczy. Były to głównie wielkie browary, które wspomożone zagranicznym kapitałem, wyrosły na prawdziwe wieloryby polskiej sceny piwnej. Na skutek działań marketingowych wszystkie dorobiły się receptury na jedno i to samo piwo: polskiego eurolagera, czyli jasne tanie z pianką, z niską ilością chmielu i smaku. Jedynie co różni je między sobą to etykieta – smak jest ten sam. Gdy koncerny piwowarskie osiągnęły status wielorybów, bez skrupułów zaczęły likwidować konkurencję (która jeszcze gdzieś została), kupując, a następnie zamykając mniejsze browary. Wreszcie zostały w stawie same.

Ferment, czyli domowa fermentacja

Rynek nie znosi próżni, ani bezruchu. Gdy został totalnie zdominowany przez kilku graczy, zdawało się (zwłaszcza szefom wielkich browarów), że w Polacy już zawsze będą pili koncernowego eurolagera. Zaś jedynym polem konkurencji będzie cena butelki. Tymczasem na dole, po cichu,  zaczął narastać ferment. To drożdże fermentowały piwo domowe.

Polacy, jako naród niegłupi i mocno ciekawy świata szybko odkryli, że za granicą naszego kraju są Czechy oraz Niemcy, a jak pojedzie się dalej, to nawet Belgia i Wielka Brytania. A tam piwo nie dość, że smakuje o niebo lepiej, to jeszcze jest dostępne w setkach odmian, które różnią się nie tylko etykietą, ale także barwą, smakiem, aromatem, gęstością, zawartością alkoholu, pianą, czy nagazowaniem. Fora internetowe stały się miejscem burzliwych dyskusji piwnych i wymiany doświadczeń.

Tymczasem w Stanach Zjednoczonych przetaczała się kolejna fala piwnej rewolucji, swego rodzaju buntu jednostki przeciwko koncernowej polityce piwnej nijakości. Znaczącą rolę odgrywało piwowarstwo domowe, z filozofią Do It Yourself, czyli Zrób to sam. Skoro nie mogę dostać dobrego piwa w sklepie (bo na półce stoi tylko wodnisty lager), to zrobię je sobie w domu, takie, jakie tylko zechcę. Idea szybko dotarła do Polski, gdzie trafiła na podatny grunt. Polacy nie boją się robót domowych, a wyrób własnych alkoholi mamy niejako we krwi.

Wieloryby kontra plankton

Znudzenie koncernową piwną sztampą postępowało: pamiętam, jak przed kilkoma laty w pewnym warszawskim lokalu znajoma z zachwytem prezentowała mi regionalne piwo. Nadal był to lager, ale był czymś innym, z mniejszego browaru, z Mazowszem w nazwie. Jego sława rozchodziła się lotem błyskawicy – marketing szeptany działał cuda. Coraz więcej osób było ciekawych piw innych, niż komercyjne. Trend poszukiwania nowości nałożył się na coraz większe i bardziej aktywne zastępy internetowych piwoszy oraz piwowarów domowych. Piwny plankton zaczął rosnąć w siłę.

Pierwsze koniunkturę wyczuły średnie i małe browary. Zaczęły łapać wiatr w żagle: rozwijały swoją ofertę, zaatakowały marketingowo. Zaczęły się pojawiać nowe piwa, także w odważniejszych stylach, lub przynajmniej nazwach. Posiadanie średniego lub małego browaru okazało się doskonałym biznesem. Dzięki temu udało się wskrzesić kilka browarów, które upadły kilka lub kilkanaście lat wcześniej. A w skali mikro nastąpił wysyp browarów restauracyjnych.

Jak na to zareagowały piwne koncerny? Długi czas obowiązującym trendem w publicznych wypowiedziach było niezauważanie, bądź bagatelizowanie sytuacji (co zabawne, niektórzy przedstawiciele wielkich browarów nadal twierdzą, że nic się nie dzieje). Coraz częściej jednak oficjalna linia ulega zmianie.

Jak wygląda szeroko pojęty rynek piwa dziś, postaram się przedstawić w kolejnym wpisie.

Przemek Iwanek

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s