Marzy mi się festiwal cydru z prawdziwego zdarzenia

Ostatnio odkurzałem w komputerze i trochę przypadkiem odkryłem, że piwem (i cydrem) zajmuję się od 2013r. Wtedy zacząłem warzyć, poznawać innych fanów piwa, organizować pierwsze spotkania piwne. Oczywiście: wcześniej było zainteresowanie, pierwsze książki, czytanie o piwie domowym gdzieś w odmętach internetu. Potem – jakoś tak poleciało.

Nieodłącznym elementem zdobywania wiedzy i poszerzania świadomości były festiwale piwne. Od samego początku. Najpierw były wyprawy (bo dojazd i zakwaterowanie w Żywcu trudno inaczej nazwać) na Birofilia. Cóż tam się działo! Szaleństwo! Pierwsi piwowarzy domowi warzący na żywo na scenie, dumni jak pawie, obnoszący się ze swą tajemną wiedzą. Tacy niedostępni. Dziś – niemal wszyscy pasję zamienili w zawód i działają w branży na poważnie. Niektórym tylko ten dystans pozostał. Jeszcze ważniejsze od piwowarów domowych – stoiska z piwami. Rozchwytywani pierwsi polscy rzemieślnicy prezentujący swoje piwa. A nade wszystko: ciągnące się hen daleko namiociki z zagranicznymi piwami. Coś zupełnie niesamowitego! W Polsce, na ówczesnym siermiężnym rynku piwa, gdzie królował wówczas wyłącznie nędzny korpolager i czasem Guinness w cenie zaporowej – nagle! można było spróbować genialnych i szalonych piw z ogarniętego rewolucyjną gorączką USA, tradycyjnych belgów, piw z Wysp… Do dziś pamiętam choćby smak Hazelnut Brown Nectar z amerykańskiego Rogue. Ależ ono było doskonałe! To, co próbowałem na Birofiliach przewróciło moje wyobrażenie o piwie do góry nogami. Nie było już powrotu. Wsiąknąłem na dobre.

Potem festiwali było więcej, Wrocław, pierwszy Warszawski, a potem już niemal w każdym większym mieście. Gdańsk, Poznań, Bydgoszcz, Kraków, Opole… A także mniejszych, jak choćby Żyrardów. Od stadionów miejskich po pikniki na wsi. Czasem w roku wypadało kilkanaście imprez, czasem co tydzień. Czasem nawet zagranicą. Lepsze, gorsze, męczące, ale zawsze – warte odwiedzenia.

Festiwale to takie małe święta. Coś wyjątkowego. Szalona liczba piw, których można spróbować, wersje specjalne i premiery. Nawet z jedzeniem człowiek pozwala sobie na coś innego, niż co dzień (czyt.: burgery na śniadanie, obiad, kolację i podwieczorek). A przede wszystkim, festiwale to spotkania. Znajomi i nieznajomi z całego kraju, z którymi można wypić piwo i pogadać. Rzemieślnicy, blogerzy, fani piwa, zapaleńcy: świetni ludzie. Mnóstwo pozytywnej energii. Bardzo cieszę się, że przytrafiło mi się piwo.

Ale, przecież w tytule napisałem coś o cydrze, prawda?

No właśnie. Bo takich festiwali cydru w Polsce nie ma. Żadnych. Nie dzieje się (prawie) nic.

Owszem, cydr pojawia się na festiwalach piwa (ale kurtuazyjnie przy okazji), owszem są małe spotkania, degustacje (które, przepraszam będę tym razem nieskromny: i tak najczęściej robię ja). Zlot Cydrowników Autorskich w zeszłym roku się nie odbył.

Wiem, że fanów cydru jest znacząco mniej niż fanów piwa. Wiem, że cydrowników jest mniej. Wiem, wiem, wiem. Wszystko znam doskonale.

Mam tylko jedno pytanie: dlaczego Czesi mogą zorganizować taką imprezę?

https://prague.tv/en/s72/Directory/c203-Restaurant-Guide-Prague/n8781-Czech-cider-festival

 

PS. Pytanie zostawiam zawieszone. Festiwal w Pradze polecam, byłem, było miło.

 

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s